Recenzja filmu

Krzyk 7 (2026)
Kevin Williamson

Somehow Palpatine returned

Problemy siódmego "Krzyku" wynikają bezpośrednio z okoliczności jego powstania. Usunięcie sióstr Carpenter zmusiło filmowców do cofnięcia się i ponownego remake’owania pierwszej części, by nadać
Somehow Palpatine returned
Seria "Krzyk" kończy w tym roku trzydziestkę. Poważny wiek, wręcz zobowiązujący: zdrowie ma prawo zacząć szwankować, a dorosłość ostatecznie łapie w swoje szpony. To dobry moment na start osobistych podsumowań lat młodzieńczych albo kwestionowanie niektórych decyzji; niestety, czasem także tych słusznych. Wchodzący na ekrany w atmosferze mnogich skandali "Krzyk VII" znajduje się właśnie w tym rozkroku: przepełniony niepewnością, zachowawczo kręci się w kółko. Wciąż ma w sobie szarmanckość, gdzieś kiełkuje energia, lecz sztubackość została zakopana głęboko pod warstwą osobistych obietnic.


Mocno mrużąc oczy i nie traktując tych paralel zbyt dosłownie, można uznać, że struktura franczyzy "Krzyk" przypomina tę z "Gwiezdnych wojen". Mamy ukochaną, oryginalną trylogię, która zredefiniowała swój gatunek i stała się popkulturowym fenomenem. Potem – powrót po latach: film zrealizowany przez pierwotnych twórców. Choć świetnie poradził sobie w box offisie, po premierze był wyśmiewany. Z czasem jednak doczekał się swoistej rehabilitacji – odzyskał życie i szacunek w momencie kolejnego "zmartwychwstania" sagi, już pod skrzydłami nowej ekipy i innego studia. W końcu dostaliśmy trylogię sequeli, która ponownie przyciągnęła tłumy do kin. Dwie pierwsze części zostały przyjęte z entuzjazmem, ale przed premierą finału projekt wpadł w produkcyjny chaos, który wyraźnie odcisnął się na jego odbiorze. Oczywiście szczegóły się nie zgadzają.

"Krzyk 4" był cynicznym skokiem na kasę, a nie rozplanowywanym przez dekady rozszerzeniem uniwersum. "Krzyk 5" stoi już na własnych nogach – zamiast bezrefleksyjnie kopiować oryginał, jak robiło to "Przebudzenie Mocy", sprytnie rozgrywa modę na "requele". Film twórczo rozwija pastiszową myśl Cravena i Williamsona, komentując aktualny kształt oraz kierunek, w jakim zmierza Hollywood. Z kolei "Krzyk VI" – choć, podobnie jak "Ostatni Jedi", podważał "zasady" serii, przenosząc akcję do Nowego Jorku i już w prologu dosłownie pastwiąc się nad przerysowanymi figurami "fanów grozy" – nie wywołał reakcyjnej burzy w fandomie na miarę filmu Riana Johnsona. To ostatnie sprawia także, że przyczyny pożaru trawiącego najnowszą odsłonę są inne.


"Skywalker. Odrodzenie" spłonęło niewinnie – przez lęk Disneya przed odrzuceniem ze strony hałaśliwych fanów urażonych "Ósemką". Nowa trylogia "Krzyku" upadła zaś, gdy 21 listopada 2023 roku Melissa Barrera, wcielająca się w Sam Carpenter – nową Scream Queen, spadkobierczynię brzemienia Sidney Prescott – została wyrzucona z obsady za swój sprzeciw wobec izraelskiego ludobójstwa na Palestyńczykach. Kolejnego dnia jej śladem podążyła Jenna Ortega, grająca drugą najważniejszą postać dwóch poprzednich odsłon, a niewiele później z projektu odszedł także reżyser Christopher Landon ("Śmierć nadejdzie dziś"), który miał zastąpić znany z "piątki" i "szóstki" duet Matt Bettinelli-OlpinTyler Gillett. Na ratunek pośpieszył pomysłodawca całego "Krzyku", Kevin Williamson, który nie tylko przepisał cały scenariusz, ale także stanął za kamerą – po raz pierwszy od czasu nieudanego i słusznie zapomnianego debiutu "Jak wykończyć panią T.?" z 1999 roku.

Jako że pozafilmowe okoliczności niejako unieważniły przekazanie pochodni dzieciom Billy’ego Loomisa, seria w najnowszej odsłonie powraca do punktu wyjścia requela – opowiadania o kolejnym pokoleniu, wchodzeniu przez nie w dorosłość i przejmowaniu odpowiedzialności. Tym razem spadkobierczynią staje się Tatum Prescott (Isabel May), pierworodna córka Sidney, podobnie jak matka w oryginale – siedemnastoletnia i wyposażona w niewyglądającego ani trochę na swój wiek niepokojącego chłopaka z upodobaniem do wchodzenia przez okna. Szybko do gry wkracza killer w wiadomej masce, tym razem błyskawicznie zdradzający swoją tożsamość jako cudownie zmartwychwstały Carewicz Dymitr Stu Macher. Jednak czy tak leniwe rozwiązanie jest w ogóle możliwe w tej serii?


Problemy siódmego "Krzyku" wynikają bezpośrednio z okoliczności jego powstania. Usunięcie sióstr Carpenter zmusiło filmowców do cofnięcia się i ponownego remake’owania pierwszej części, by nadać sens pojawieniu się Tatum i jej drodze do wejścia w buty matki. Teoretycznie wpisuje się to w temat kina nostalgii, którego "siódemka" ewidentnie dotyka. Twórcom brak jednak odwagi – a być może pomysłu – na rozbudowanie warstwy metakomentarza, tak ważnego w najlepszych z poprzednich części. Zamiast zabawy z wyśmiewania hollywoodzkich tropów i produkcji – takich jak wspomniany "Skywalker" czy "Indiana Jones i artefakt przeznaczenia" – otrzymujemy brutalnie przerwany monolog Mindy oraz rzucony od niechcenia komentarz o głupocie przywracania postaci. Z drugiej strony film wręcz tapla się w nieniosących żadnej treści nawiązaniach do poprzednich treści, robiąc dokładnie to, co powinien jako "Krzyk" piętnować. 

Najbardziej wyrazistym i absurdalnym przykładem jest ciągnąca się przez długie minuty scena, w której Tatum zakłada brązową skórzaną kurtkę Sidney, a film próbuje nas przekonać o jej znaczeniu i ikoniczności. Tożsamościowe zagubienie wyraźnie czuć już w tradycyjnym dla serii prologu – tym razem osadzonym w przedziwnym Airbnb inspirowanym domem Stu, w którym odbywała się lwia część "jedynki". Napędzane katastrofalnym aktorstwem Michelle Randolph i Jimmy’ego Tatro sceny zdają się raczej wstępem do pornograficznej parodii serii, w bardzo niezręczny sposób nawiązując do przeróżnych momentów oryginału, łącznie z błędną odpowiedzią dotyczącą oryginalnego "Piątku trzynastego".

Kevin Williamson jest człowiekiem wielu dobrych pomysłów. Poza "Krzykiem" wymyślił także chociażby "Koszmar minionego lata", którego punkt wyjściowy jest jednym z najlepszych w kinie grozy. Niestety, problem zaczyna się, gdy trzeba się wynieść ponad idee; scenarzysta z niego kiepski (z wyjątkiem wiadomego filmu, przepisanego przez podwładnych Boba Weinsteina, a potem powierzonego mistrzowi Wesowi Cravenowi), a reżyser – żaden. Największą zaletą "Krzyku VII" jest właśnie zgłębianie źródła osobowości człowieka. Droga, zachowanie i wyjątkowość Tatum Prescott mają tu wiele sugerowanych wyjaśnień, ale bez jednoznacznej odpowiedzi. Williamson zadaje głęboko filozoficzne pytanie: co sprawia, że jesteśmy, jacy jesteśmy? A następnie rzuca okruszkami rozwiązań. Czy jest to krew i dziedziczenie genów matki? Okoliczności i doświadczenia, jakie nas dotknęły? Wychowanie? A może numerologia i magia imion – wszak Tatum została nazwana po postaci z "jedynki", najlepszej przyjaciółce Sidney.


Ten dylemat, nawet połączony z drewnianymi dialogami oraz nienajlepszym aktorstwem – Neve Campbell wszak nigdy nie była Meryl Streep – mógłby być wystarczający dla świadomego horroru. Szczególnie że sceny morderstw – zwłaszcza druga, na teatralnej scenie – bywają tu naprawdę przyzwoite. Niestety, "Krzyk VII" nie tylko poświęca absurdalnie dużo czasu na pasywno-agresywne komentowanie braku Sidney w poprzedniej części, ale co gorsza, robi to w wizualnie nieciekawy sposób. Podczas gdy pierwszy "Krzyk" przepełniony był długimi, zimnymi ujęciami z "cyfrowymi" kolorami Marka Irwina (operatora m.in. "Wideodromu" i "Muchy" Cronenberga), a ostatnie requele kręcił Brett Jutkiewicz z miłością do giallo (którą pokazywał także w "Zabawie w pochowanego" czy "Czarnym telefonie"), najnowsza iteracja wygląda jak paradokument albo tani serial kryminalny. Nie sposób tu znaleźć jedno ciekawe ujęcie czy intrygującą scenę, a znudzenie przerywane jest jedynie prostymi, acz efektywnie wykorzystanymi jump scare’ami.

"Krzyk VII" nie jest tak katastrofalnie złym filmem, jak chociażby niedawny requel "Koszmaru minionego lata" czy wiele części serii "Halloween". Rocznie do polskich kin trafia mnóstwo znacznie mniej obiecujących i artystycznie niespełnionych horrorów. Jednocześnie jest to po prostu słaby i najgorszy do tej pory "Krzyk". To produkcja jadąca po linii najmniejszego oporu, nieczyniąca żadnego intelektualnego wysiłku, jeśli chodzi o kontestację samej siebie, i absurdalnie nieinteresująca. Może jednak warto dać kolejną szansę czwartej odsłonie?
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?